RSS
czwartek, 20 października 2011
bo
lubię czyste kartki notepada

ich przestrzeń ma w sobie tyle potencjalności







miłości, śmierci, żalu, przemijania, seksu, czekolady, relacji, rozmów, odbić, odbić odbić, gramatyki, kleksów, kropek, niewiadomych, radości, ostatnich zdań, zdań pierwszych, tautologii, klapsów, wspomnień, haseł, reklam, strachu, wzruszeń, słów, kawy, wszystkich tych obrzydliwości samotnego życia, radości z bycia razem, pytań pierwszych i pierwszych pozycji, ostatnich rozczarowań, niespodzianek, muzyki, logo, buntu, dorastania, twarzy, pocałunków, antonówek, szarlotek, pogrzebów, darowanych szans, odwagi, starości, kluczy, różowych słoni, właściwych kluczy, poszukiwań, gnuśności, nie/zgody, pejzaży, jesieni, polityki, skrzypiec, snów, świateł, spinek, prozy, bieli, kolekcjonowania znaków

zupełnie jak w życiu, aż następuje niespodziewany reset



19:04, talita222
Link
czwartek, 15 września 2011
uuuUUUuuu
Tęsknię do Cię. Wracaj z tych tropików już! :)


00:01, talita222
Link
poniedziałek, 18 lipca 2011
Bo
Rzeczy nie są proste.
Proste są monady :P
14:41, talita222
Link
niedziela, 10 kwietnia 2011
samospełniająca się przepowiednia? przypisek do pewnej nieuchwyconej myśli
Mówiłam już, że cynizm zabija wszelką melancholię? Tą zieloną i tą wzruszającą.

A przecież.
Słowo fatum, pustoszące słowo. Cynizm jest pewnym rodzajem manifestacji poczucia krzywdy, niespełnienia, niemożliwości, bezsensu, odwróconego idealizmu, a może złamanego idealizmu, za dużo "nie" i "bez". Bez. sensu.

Myślałam, że z wiekiem pojawia się zrozumienie, akceptacja, jakieś kosmiczne poczucie właściwości tu i teraz. Tymczasem, wciąż patrzę, słucham, widzę, nie/rozumiem, myślę, że rozumiem, coraz mniej chcę, nie chcę, tylko coraz częściej słów mi brak.
Przyczajam się i czekam na lepszą karmę.


00:29, talita222
Link
środa, 09 lutego 2011
24.10.2007

"Bezsenność.

Klikam enter w poszukiwaniu sensu.

Nie chcę zasnąć.

Nie chcę się obudzić.

Klikam enter i czekam.

Nic.

Wiem wciąż tak samo mało."

21:43, talita222
Link
piątek, 08 października 2010
Bytów stopniowanie

Jestem i nie jestem, co nie znaczy że nie ma

Im mniej mnie tutaj, tym więcej

Rzeczywistość oglądam, smakuję, przeżywam

Kontestuję, pozwalam mijać jej między palcami, czasami łaskocze

Jest i nie ma, zupełnie jak ja

A to przecież tylko naoczna forma naocznych form poznania

Poza nimi słowa nie mają sensu

Nieistnienia nie sposób wyrazić.

Stopniuję niemożliwe

20:07, talita222
Link
sobota, 06 lutego 2010
Czego nie powie ktoś, kto istnieje
Rzecz o niemożnościach, o niemożliwościach, o słodkich lepkich wyrazach, poprzedzonych jednak prostym zaprzeczeniem, dodającym im krople cyjanku. O niemożliwościach wybranych, poprzez zaprzeczenie. Niepodejmowanie decyzji, miało być zabarwione zgorzkniałym ascetyzmem. A jednak w pewnym momencie pojawiła się chęć, i z przysłowiowych popiołów powstał nowy, piękniejszy, o symetrycznych kształtach diament. Który kiedyś był, ale przecież zaledwie potencjalnie. Popadam w patetyzm, przyznaję, mdło gorzkawy, interesująco popielaty i czasem granatowo nijaki. Patetyzm przykrywam cynizmem, lekkim, łatwostrawnym, o ile nie widać spodniej warstwy, która konfrontuje ze świadomością pustki, z definicji. A przecież ten patetyzm, i cynizm jest pewnym rozdzajem maski, ekranu, które mają na sobie zatrzymać wzrok. Mają desymulować, zakrywać. Mają zakrywać przed innymi, lecz największe zadanie to desymulować przed samym sobą. Aby nie dotknąć tego dna, które nie ma dna. Aby nie dotknąć tego dnia którer może być pustką, lub całym wszechświatem, który ma siłę rozerwać wszechświat na strzępy, siłą pierwotnego wielkiego wybuchu. Cała reszta to tylko zabawa, cieniutka warstwa na naskórku NIE MA/JEST. Warstwa, która staje się światem, i którą trzeba pielęgnować, aby tylko w snach ocierać się o delikatne fałdy absurdu. O tym przecież nie będziemy mówić. Co może język, który jest tylko fałdą fałdy Świata. Ależ darujmy sobie ontologię nieistnienia, przecież o niej nie można nic powiedzieć. Dlatego nie próbuj/my.
12:03, talita222
Link
poniedziałek, 11 stycznia 2010
My daughter, you will see, anyway.

Akt twórczy musi być doprawdy boskim olśnieniem. Ludzie nazywają to iskrą bożą. Weną lub natchnieniem. Depresją. Jeden grzyb, podpowiedziało mi wspomnienie pewnego powiedzenia, z dalekiej, zamierzchłej przeszłości. Jak to jest, że przeszłość się dezaktualizuje, a wspomnienie nie? Do tej pory zadaję sobie to samo pytanie, i wciąż wpadam w utarte zakręty myślowe, które to wyrzucają mnie katapultą w schematy, których lektura dostarcza mi kawał terapeutycznej roz(g)rywki, która rozrzuca to wszystko po czasoprzestrzeni, abym mogła to wszystko zbierać, i układac na nowo. Tutaj zlepię, tutaj połączę, tutaj dokleję. Eksperyment.I wciaż to niewypowiedziane delikatnie ociera się o plecy. Aż ciarki przechodzą.
Teoria pisania jako ekshibicjonizmu, znana już od sławnego "wszyscy artyści to prostytutki", drogą dedukcji. A jednak róznica między dziwka a kurtyzaną, robi różnicę. Thank gods, każdy blask trzeba polerować, pieścić, przecierać i oliwić. W tym jest nadzieja. Tylko nie obracaj się za siebie.
Ono tam już jest.
23:05, talita222
Link
środa, 16 grudnia 2009
Ashes to Ashes
Gigantyczna dawka kofeinowo muzyczna. Odkrywanie na nowo faith no more katapultuje mnie 10 lat wcześniej, na ul. paderewskiego, do jednego z tych tymczasowych mieszkań, gdzie przyszło mi mieszkać, przez jakiś czas.
Jakiś czas temu.
Wciąż we mnie jest ta moc odczuć. Zadziwiające.
22:20, talita222
Link
środa, 09 grudnia 2009
O mój Boże, Kto ukradł królika?
Wena przepadła. Tak jak złociste liście, i winogrona z działki.
Na usta cisną się znane mi wszystkie wulgaryzmy (łącznie z tym przysłowiowym mojego dziadka). A wszystkie o bezsensie życia i egzystencjalnej zgadze. Tylko do image całej tej beznadziejności złowieszczej zimowej depresyjnej i kaloryferowo cieplarnianej, brakuje mi frazy " codziennie wypalała dwie paczki popularnych" (czy to się jeszcze pali?). Bo nie palę.
A zaraz potem ze sztucznym promykiem lampianym falowo dociera do moich neuronów, błogie ciepło (nie To ciepło), że oto, wena przepadła, więc "everything goes", liści niet, ale przynajmniej nie nadepnie się na zawieruszoną w nich psią kupę, a winogrona - na półce dojrzewają, podarowane i szkarłatne, tak.
I perspektywa przyjemna, hmm. narzeczeństwo to fajna rzecz.

A niech mu, byłby dumny z wnusi.
pierdolenie w bambus. Ta-ram
22:51, talita222
Link
sobota, 31 października 2009
Wyznanie

Gdy Ciebie nie ma obok, chodzę w Twoich kapciach.
Słucham muzyki i przypominam sobie kim mogłabym być, i cieszę się z tego kim jestem.
Pozwalam sobie na tęsknotę w kolorze wrzosów, nic-nie-robienie, myślenie o przemijaniu (taka pora pierwszo -listopadowa) pochłanianie całej tabliczki czekolady, kontestowaniu kontestowania kontestowania... A tym nie-czynnościom pikanterii dodaje ciepło stopy otulonej w kapeć.

Twój, Kochany.

22:27, talita222
Link
sobota, 17 października 2009
There There
Ostatnio bywam trochę nieznośna. Nieznośna, bo kończę coś, co powinnam skończyć już dawno. Z trudem, i żalem, że czas to skończyć. Jak wiadomo, wtedy skończy się prowizorka, a zacznie prawdziwe życie. Taak...
Jak wiadomo powszechnie, prowizorka nie kończy się nigdy, i całe szczęście, że wszystko jest improwizowane, szczęście też. Co nie znaczy, że mniej prawdziwe, niż gdyby było zamierzone, zaplanowane, od a do z, pedantycznie wybrukowane zdarzeniami, wszystko po kolei,bez gaf, bez uniesień, bez upadków.
A jednak w tym improwizowanym lecz prawdziwym szczęściu znajduję motywację, aby dążyć do nie-prowizorki, nawet jeśli osiągnięcie z założenia jest niemożliwe.
Im starsza jestem, tym mniej rozumiem. Mniej wiem. Czasem po prostu staję i patrzę z otwartą buzią.
Może tak lepiej.
Dobrze że jest muzyka. Może ona wyrazi to wszystko lepiej. Choć niektórzy twierdzą że inaczej nie znaczy lepiej. I pewnie mają rację.
<patrzy i słucha>
13:45, talita222
Link
niedziela, 20 września 2009
Because
there are no simple things

(nie wliczamy w to monad Leibniza)
19:11, talita222
Link
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
'why so green and lonely?'
"we are accidents
waiting waiting to happen" (There There)
Radiohead, Poznań, 25.08.2009
21:56, talita222
Link
niedziela, 28 czerwca 2009
Mój czas / świadome szczęście
*
|
|
|
|
|
|
|

Nocą demony niestraszne.
Lipy pachną Kochanowskim.
A ja wiem, czego nie chcę. To dużo.
Metodą negatywną brukuję drogę szczęścia.

Ps. pomidory smakują bez względu na porę nocy.
00:55, talita222
Link
piątek, 15 maja 2009
Kocie przesłanie.
Słowa są tym co mogłabym Ci dzisiaj dać. Niwelują odległość. Pokonują przestrzeń. Poruszają odpowiednie neurony, odpowiedzialne za odpowiednie reakcje, odpowiednio szybko. Lecz rozsypują się w okruszki w obliczu ciepła Twej obecności. Dopowiedzianej nie-słownie, słownie ponad wszystko, poza-słownie. To nie słowa powodują niekontrolowalne rozszerzenie źrenic. 
Słowa są tylko wisienką na ciasteczku. Tak więc czekam na jutro.
Mniam Mniam
Aaaa Psik!
23:36, talita222
Link
piątek, 13 marca 2009
sołacz
Droga z domu do pracy. Do miasta. Na uczelnię. Przystanki wyznaczają kolejne kręgi wtajemniczenia. Szczególnie, gdy jest to droga do parku. Z każdym przystankiem coraz bardziej czuć pulsowanie podziemne. Siłę wiosennej nieuniknioności. Mocniej. Bardziej. Początkowo jest to słońce na policzku (ach te szyby tramwajowe, przecież śnieg ostatniej nocy jest fikcją). Potem staruszka bez beretu. Z pieskiem pod pachą i naręczem bazi. I wreszcie, ostatnie hamowanie pojazdu zostawia mnie u wrót Sołacza.  Marzec 2009. Zaskoczoną, onieśmieloną, a jednak zakochaną wiosną. I może jest to stan specyficznej choroby, wyostrzenia zmysłów na bodźce zewnętrzne (nie mylić z ADHD), (syndrom Amelii), to zaczynam słyszeć pulsującą pod powierzchnią wodę, która poprzez system drobnych kanalików przedostaje się do jeziora. Paruje spulchniając grudki ziemi, i budząc korzenie krzewów. Słyszę jak skrapla się na konarach drzew, i opada krystalicznie zraszając pierwsze łodyżki Nowego. Nowe pachnie wspomnieniem zapachu fiołków i jaśminu. (Taka wyuczona empiryczna zapachologia.) I ma nieporadnie bezbronne zielono czerwone kłącza. Nieśmiało poddaje się delikatnemu powiewowi, który marszczy powierzchnię jeziora. Norwid powiedział że cisza jest głosów zbieraniem. Lubię moją ciszę. Moją wiosenną gotowość na zapach wiosno dnia. I chociaż najdalszą wyprawą, jaką dzisiaj przedsięwzięłam była wyprawa po zakupy spożywcze, wiem że Sołacz czeka. Cichy wulkan zdarzeń w skali bio. BioMagia. Już niedługo. Jest.
21:20, talita222
Link
niedziela, 08 lutego 2009
Z drugiej strony

Teraz to wiem: Dobrze sfermentowana pamięć potrafi zarżnąć nawet najsłodszą magdalenkę. Mimo to, nie potrafię zapomnieć jedynego obrazu, który pozostał mi po dzieciństwie wśród owiec i kóz: obrazu zbutwiałej furtki, zupełnie pośrodku lasu.

Nie wiem, czy dla ludzkości istnieje przestrzeń bardziej mistyczna niż las właśnie. Lasy zawsze pozostawały obszarem daleko wykraczającym poza prostacki agregat krzewów i drzew. Od wieków drzemało w nich Nieznane: Szelest liści w bezsenną, bezwietrzną noc; Nagły ruch wśród zarośli, tak szybki, że ledwie rejestrowany przez wzrok; blada poświata, prawie niewidoczna, tak niewyraźna, że trzeba obserwować ją kątem oka... Teraz nie dziwią mnie już plemienne kulty Amazonii. Nie unoszę ironicznie brwi, czytając o Reshke, nie śmieję się z żartów o gigantycznych pająkach, snujących swe nici wśród głuchej i rozmokłej zieleni, gdzieś w peruwiańskich lasach. Pozostaję poważny. Niemal śmiertelnie.

Pamiętam bowiem tę cholerną furtkę.

Pierwszy raz zobaczyłem ją w dniu swoich trzynastych urodzin. Uznałem, że tak niepodważalna dojrzałość wymaga czynów bohaterskich, czynów wielkiego kalibru. Spakowałem do plecaka trzy kanapki, sok i ukradziony rodzicom scyzoryk; ruszyłem w głąb lasu. Gałązki chrupały pod stopami, wszystko dookoła było wilgotne i zielone. Maj nie zapomniał jeszcze o kwietniu, dzień wydawał się ciepły, słoneczny i przyjazny wszystkim trzynastolatkom świata. Po niecałej godzinie niespiesznej i raczej komfortowej wędrówki uznałem, że tylko dzieci i dziewczyny korzystają z ubitych ścieżek. Opuściłem trakt, zagłębiając się coraz dalej w pokryte mchem zarośla.

Czułem, jak gałązki drapią mnie po twarzy. Stopy co chwilę zagłębiały się w miękkie błoto. Uśmiechałem się jednak, dumny ze swojego bohaterstwa. Wtedy wydawało mi się, że samotny spacer po lesie to idealna inicjacja czternastego roku własnego życia. Do diabła, w końcu tylko rok dzielił mnie od słodko-gorzkiej krainy filmów „dozwolonych-od-lat-czternastu” (tak, tak. Wtedy istniało jeszcze takie właśnie ograniczenie)! Wiedząc, że za niecałe dwanaście miesięcy będę mógł beztrosko usiąść w wygodnym, kinowym fotelu i obejrzeć najnowsze przygody Jamesa Bonda, czułem się jak wisienka na torcie. Błogo i słodko.

W tamtych czasach, wszystko było błogością i słodyczą.

Przedzierając się przez coraz gęstsze chaszcze zastanawiałem się, co opowiem Mirce i Piotrkowi. Zbledną z podziwu, opadną im ręce, zagwiżdżą i podskoczą – myślałem, tnąc scyzorykiem kolejne gałęzie. Las zgęstniał, nie wiem nawet kiedy. Słońce ledwie prześwitywało przez korony drzew, a te kołysały się, nieosiągalne, wysoko nad głową czternastoletniego chłopca (serce szybko bijące, wypieki na twarzy).

Zjadłem już wszystkie kanapki, wypiłem sok. Niosłem pusty plecak. Nie mając zegarka, pozostawałem niepełnoletnim niewolnikiem mimowolnego upływu czasu. Szedłem jednak dzielnie, upajając się zapachem żywicy i brzóz. Z zachwytem prześlizgiwałem opuszkami palców po wilgotnym mchu, oddychałem głęboko zapachem lasu. Na niebie nie dostrzegłem jednak żadnego ptaka, ani jedna wiewiórka nie przecięła mi drogi; jedynym dostrzegalnym ruchem było majestatyczne kołysanie się drzew. Zatrzymałem się, spocony, lecz szczęśliwy. Mrużąc oczy, dokonałem szybkiej analizy: Oto, zgubiłem się w lesie.

Czułem się doskonale.

Wtedy dostrzegłem furtkę. Stała pośrodku niewielkiej polanki, po mojej prawej stronie. Zaintrygowany, podszedłem, powolutku odzyskując oddech, byłem już bowiem mocno zmęczony. Wtem, umilkły odgłosy lasu. Pozostałem sam, naprzeciwko zbutwiałej furtki.

Wyrastała z ziemi, absurdalnie, złowrogo. Sensem istnienia furtki, okolicznością konstytuującą furtkę jako furtkę, jest zazwyczaj mur, płot, bądź dowolne inne rozgraniczenie przestrzeni. Ta furtka pozbawiona była płotu, trwała samoistnie. Mimo to, pozostawała najbardziej realną furtką, jaką kiedykolwiek widziałem. Zbita z drewna, z gwoździami nadżartymi rdzą, w sercu polany sprawiała wrażenie dość upiorne. Pamiętam, że wzdłuż pleców przejechał mi dreszcz, poczułem wilgotny język paniki. Podszedłem jednak do furtki, na drżących nogach, zupełnie niepewny.

 Otworzyć, czy nie? – Myślałem, czując, jak burczy mi w brzuchu. Słońce chowało się już wśród koron drzew, zbliżał się zmierzch. Powietrze pachniało liśćmi i czerwienią. Furtka stała, niewzruszona, pewna. A ja nie miałem jeszcze czternastu lat. Podszedłem jeszcze bliżej, dotknąłem jej, przejechałem palcem wzdłuż popękanych listew. Zacisnąłem garść wokół bariery. Leciutko, najlżej, jak tylko potrafiłem, pchnąłem ją do przodu. Ustąpiła bez najmniejszego szelestu. Minimalnie, o centymetr ledwie, jednak – ustąpiła. Teraz myślę, że wszystko to było czystą dialektyką, dialogiem, między znanym a nieznanym, między prawdą a fałszem.

Pomyślałem, że strasznie śmiesznie byłoby przejść przez furtkę znalezioną w samym środku lasu.

Popchnąłem mocniej. Kolejne centymetry. Coś plasnęło, tuż obok mojej prawej stopy. Zmrużyłem oczy. Był to ptak. Nieruchomy, czarny. Spadł tuż obok. Martwa wrona. Dziób wygięty, oczy szkliste. Pamiętam, że w pierwszej chwili się roześmiałem.

Gdzieś, w oddali, zabrzmiało wesołe gwizdanie.

Zdecydowany ruch. Krok. Potem kolejny.

Przeszedłem.

Na drugą stronę.

01:50, traveler123
Link
Nocnych niezrozumiałości ciąg dalszy: Słowa

Była sobie dziewczynka. Anna. Mała była,  a uczyła się świata.

Świat był duży. Tak mówili dorośli. Dla niej świat miał jednak wielkość kilku kilometrów kwadratowych. Zaczynał się w domu, w którym mieszkała, poprzez podwórko łączył z otaczającą go wioską, i kończył gdzieś w okolicznych lasach. Co było za lasem – tego nie mogła być pewna. A znała nazwy pobliskich miejscowości - nie potrafiła jednak nic przypisać ich nazwom brzmiącym nieco pusto. A może nie chciała. Jej prywatny geocentryzm miał w sobie coś magicznego. Magia – tej nazwy te ż nauczyła się wiele lat później.

Fakt, była kilka razy z rodzicami w miejscowościach obok, a także w pobliskim miasteczku, a jednak wierzyła, że wioska w której mieszka, znajduje się w centrum świata. (Znacznie później zrozumiała że jej świata. Gdy nie było jeszcze zbyt późno aby ten świat ocalić.)

Pierwsze wątpienie związane było z drogą. Przebiegała przez całą miejscowość i prowadziła w stronę lasu. Widziała codziennie  jak ojciec i matka, a także sąsiedzi,  znikali jadąc samochodami, w ścianie lasu.  By wieczorem powrócić z lekko wygniecionymi gazetami i zakupami. Było to tajemnicze misterium,  które nazywało się „jechaniem do pracy” lub „po zakupy”. Lub w jeszcze, niekoniecznie jej znanym celu.

 Kiedyś rodzice powiedzieli jej że w lesie istnieją drzwi. Długo w to wierzyła – a jednak była to wymówka rodziców na jej pytania, gdy nie potrafili znaleźć na nie odpowiedzi. Nie rozumiała czemu zrobiło się jej smutno, gdy usłyszała od Rafała, że żadnych w lesie drzwi nie ma. Anna od momentu, gdy  opanowała język na tyle, aby komunikować podstawowe potrzeby typu „jeść”, „pić”, zaczęła pytać. O wszystko. O to, co oznacza słowo „tajemnica”, dlaczego kot miauczy, gdzie jest „Nowy Jork”. Odpowiedzi zawsze uczyły ją nowych rzeczy i słów. Dopiero gdy rozmawiała z Rafałem o „drzwiach do lasu” pożałowała  że wspomniała mu o „drzwiach do lasu”. Od tego momentu zrozumiała że słowa mogą być puste.

„Nowy Jork” o mało nie stał się przyczyna anihilacji jej wizji świata i wiary w jego centrum w Potulicach. Otóż jedna z córek sąsiada, około dwudziestosześcioletnia, wyjechała do Nowego Jorku, o czym na okres tygodnia zrobiło się głośno w świecie Potulic. Jak i o tym, że wszyscy którzy dorastają, wyjeżdżają do „wielkiego świata”. Czym był wielki świat? Gdzie znajdował się Nowy Jork? A Stary?

- Gdzie jest Stary Jork mamo? –zapytała

- Nie ma Starego Jorku córeczko. Właściwie to jest York, można nawet uznać że stary, ale stary tylko dlatego, że był wcześniej niż nowe miasto nazwane tą samą nazwą. Nazywał się po prostu York. Nowy powstał na kontynencie USA. Nazwano go Jork na uczczenie Yorku na starym lądzie – czyli w Anglii.

- A co to jest USA?

Mała dziewczynka wyobraziła sobie że Nowy Jork musi znajdować się po drugiej stronie lasu. Od tego momentu z wielką ciekawością zaczęła wpatrywać się w drogę, która prowadziła w stronę lasu. Ale oprócz tumanów kurzu w słoneczne letnie dni, i deszczowych kałuż w deszczowe, nie dostrzegła nic, co potwierdziłoby jej przekonania. Rozwiała je ostatecznie wyprawa z matką do Krokodylej Górki na badania w szpitalu powiatowym. Była to Krokodyla Górka, a nie jakiś Nowy Jork. Tuż za lasem. No może nie zupełnie tuż. Pół godziny jechania przez leśne knieje. I przez rzekę i most. Mamusia przeczytała jej napis na tablicy znajdującej się przed miastem. Nowy Jork nie istnieje-  pomyślała.

00:37, talita222
Link
sobota, 07 lutego 2009
simple words

Wyrozumiałość Tality była warunkiem koniecznym, byś znalazła się 'U Przyjaciół'.

Dialektyka pióra i papieru. Ciszy i krzyku. Dwóch poduszek, czerwonej i białej, leżących tuż obok siebie, wśród ciepłej jeszcze pościeli, gdy świt rysuje pierwsze kontury dnia. Pod skórą wszystkich tych minut leży (przed-)świadomość: myśl tak naturalna, że pozazmysłowa i niejako pierwotna wobec wszystkich pozostałych. Myśl, że obok cytatów, nut, desek i mostów rozpinanych między (sic!) oknami, obok Borgesa i obok Joyce'a, obok bułek chrupiących i latarń, które ściągają samochodowe zderzaki dziwnym, złowrogim, latarnianym magnetyzmem, obok drgania strun gitary, bursztynowej czerwieni kieliszków, pocałunków wśród nocy, obok meta-, pata- i anty- fizyki, obok wszystkich zjawisk i fenomenów, jedna myśl, jedna świadomość okazuje się najdoskonalsza w swej demiurgicznej autokonstrukcji. Rozpięta rekurencyjnie na wszelkich możliwych wymiarach, nawet po redukcyjnym zmiażdżeniu do płaszczyzny kartki i papieru, czyli płaszczyzny słowa, pozostaje jedną z najpiękniejszych myśli Homo Communicativus

Ja. Kocham. Cię.

Myśli. Nie milknij we mnie, nie milknij w nas.

16:46, traveler123
Link
sobota, 24 stycznia 2009
nocne niezrozumiałości świadomościowe

Siedzi w każdym człowieku. Szczęśliwi którzy nie poznali nigdy tego smaku. Obawy, rezygnacji, żalu. Chęci zmiany, pieczenia pod powiekami nad ranem, budzika tykającego w bezsennej od godziny 4:12 nocy. Że się nie uda. Że można chcieć. Że chcieć to być może niezrozumiałe móc. Jest drugoplanowo. Czasem wkracza na pierwszy plan. Męczy, gryzie. Pojawia się w myślach i w zdarzeniach (ten niezrozumiały przez filozofów krok pomiędzy przepaścią działania i myślenia!) Sprowokowane lub przypadkowe (pamiętajmy że przypadek nie istnieje przypadkowo, uwierzmy na słowo podmiotowi obserwującemu – od demona Laplace’a dzieli go zaledwie nieskończoność niemożliwości, ale przynajmniej w przeciwieństwie do tamtego, zechciał ujawnić swoją zaskakującą obecność i musimy uwierzyć mu na słowo) Męczy i gryzie. Czasem powoduje zmiany. Lubi zaskakiwać nagłością olśnień i spontanicznością zrywów odwagi. W wymiarze owej nagłości, przybliża do szaleństwa. Ale gdy zapoczątkuje już ciąg reakcji (tylko łańcuchowych, to proste, zupełnie prawie z definicji, zajrzyjcie na Wiki)  nic nie może tego powstrzymać.

Ale czyż geniusz zapoczątkowania owych reakcji (biernie, czynnie,  czyżby jeden grzyb?) nie przynależy szaleńcom? To aż prosi się o wykres. (O tak, lubimy wykresy, wszystko co można zobaczyć, policzyć, nawet jeśli widzimy wykres dotyczący drogi atomów we wszechświecie, niemożliwe?) Wykres pokazujący w czasie na jednostkowym przykładzie (human being: any living or extinct member of the family Hominidae characterized by superior intelligence, articulate speech, and erect carriage) szaleństwo i geniusz. Podmiot piszący(który bardzo chce wierzyć w swoją podmiotowość, na tyle że gotowy się wreszcie określić wpadając w sidła określoności) przypomina sobie, ze kiedyś wydawało mu się, że śniło mu się, że myślał(o) mu się, że wystarczy się samo-ustanowić.  Szaleństwem byłoby nie dać się wieść szaleństwu. Ale jako, że najbardziej szalone prawdy są najbardziej banalne i proste, mało kto o owej metodzie na spełnienie wie. Może to i lepiej. Przy zbyt dużej ilości szaleńców – geniuszy –  trzeba by było świat przedefiniować i szaleństwo uznać za normę. Na początku mogłoby to być oczywiście nieco dezorganizujące. Epistemologicznie na pewno. A co jeśli poznanie (utożsamiając poznanie z myślą, nikt nie powiedział że nie można) kształtuje byt. Oj, z ontologią nie ma zabawy. Nie mówiąc już o etyce, zbyt dużo szumnych słów o wartościach. A heroizmów i tak nie da się uniknąć. Ale mieszanie w ontologii – wiemy z historii jak było z Nagasaki ( o ile wierzyć źródłom) – to zbyt dużo jak na moją nadwyrężoną latami studiów nad A i Y, głowę. A jednak.

(…)

No to następnym razem o różowej karuzeli :P

01:21, talita222
Link
piątek, 16 stycznia 2009
back and forth

Kwiatki kurzą się w pokoju. A w moim życiu nowy etap. Kwiatki zakurzone acz podlane.  I nowa szafka i stół (jeszcze nie zakurzone, i bez śladów kawy). Na wspólne za/mieszkanie. I dużo nowych na nie-mojej półce książek . Tak chyba dobrze. Już wkrótce. Nowy czas. Cieszy mnie.

Ten rok nie pachnie stagnacją. Obędzie się bez „to do list”. Lecz do zrealizowania kilka spraw, trochę do nauczenia, trochę do sprecyzowania, do przeżycia.  A czas – ten jest. A nade wszystko nie tylko Ja, ale też My. Też Cieszy. O, i aby słowa ubierać w krągłości, w chropowatości, w kanciastość zdań. To wszystko.

„And this is life man, it’s changes”  śpiewa Uncle. Niech te zmiany będą tylko na lepsze.

chcę.

15:57, talita222
Link
piątek, 09 stycznia 2009
Pytałeś o szaleństwo. perpetuum mobile, kawa, pasja. A Ja Kocham Cię. I to jest najpiękniejsze szaleństwo jakie znam. Szaleństwo źródłem mądrości - powtórzyła po nie sobie. (Powiedział kiedyś ktoś mądry - i zapewne miał rację.)

22:43, talita222
Link
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Proste rzeczy cieszą najbardziej.

:P
12:52, talita222
Link
niedziela, 04 stycznia 2009
20:06, talita222
Link
 
1 , 2
statystyka