samospełniająca się przepowiednia? przypisek do pewnej nieuchwyconej myśli
Mówiłam już, że cynizm zabija wszelką melancholię? Tą zieloną i tą wzruszającą. A przecież. Słowo fatum, pustoszące słowo. Cynizm jest pewnym rodzajem manifestacji poczucia krzywdy, niespełnienia, niemożliwości, bezsensu, odwróconego idealizmu, a może złamanego idealizmu, za dużo "nie" i "bez". Bez. sensu.
Myślałam, że z wiekiem pojawia się zrozumienie, akceptacja, jakieś kosmiczne poczucie właściwości tu i teraz. Tymczasem, wciąż patrzę, słucham, widzę, nie/rozumiem, myślę, że rozumiem, coraz mniej chcę, nie chcę, tylko coraz częściej słów mi brak. Przyczajam się i czekam na lepszą karmę.
Rzecz o niemożnościach, o niemożliwościach, o słodkich lepkich wyrazach, poprzedzonych jednak prostym zaprzeczeniem, dodającym im krople cyjanku. O niemożliwościach wybranych, poprzez zaprzeczenie. Niepodejmowanie decyzji, miało być zabarwione zgorzkniałym ascetyzmem. A jednak w pewnym momencie pojawiła się chęć, i z przysłowiowych popiołów powstał nowy, piękniejszy, o symetrycznych kształtach diament. Który kiedyś był, ale przecież zaledwie potencjalnie.
Popadam w patetyzm, przyznaję, mdło gorzkawy, interesująco popielaty i czasem granatowo nijaki. Patetyzm przykrywam cynizmem, lekkim, łatwostrawnym, o ile nie widać spodniej warstwy, która konfrontuje ze świadomością pustki, z definicji. A przecież ten patetyzm, i cynizm jest pewnym rozdzajem maski, ekranu, które mają na sobie zatrzymać wzrok. Mają desymulować, zakrywać. Mają zakrywać przed innymi, lecz największe zadanie to desymulować przed samym sobą. Aby nie dotknąć tego dna, które nie ma dna. Aby nie dotknąć tego dnia którer może być pustką, lub całym wszechświatem, który ma siłę rozerwać wszechświat na strzępy, siłą pierwotnego wielkiego wybuchu. Cała reszta to tylko zabawa, cieniutka warstwa na naskórku NIE MA/JEST. Warstwa, która staje się światem, i którą trzeba pielęgnować, aby tylko w snach ocierać się o delikatne fałdy absurdu.
O tym przecież nie będziemy mówić. Co może język, który jest tylko fałdą fałdy Świata.
Ależ darujmy sobie ontologię nieistnienia, przecież o niej nie można nic powiedzieć. Dlatego nie próbuj/my.
Akt twórczy musi być doprawdy boskim olśnieniem. Ludzie nazywają to iskrą bożą. Weną lub natchnieniem. Depresją. Jeden grzyb, podpowiedziało mi wspomnienie pewnego powiedzenia, z dalekiej, zamierzchłej przeszłości. Jak to jest, że przeszłość się dezaktualizuje, a wspomnienie nie? Do tej pory zadaję sobie to samo pytanie, i wciąż wpadam w utarte zakręty myślowe, które to wyrzucają mnie katapultą w schematy, których lektura dostarcza mi kawał terapeutycznej roz(g)rywki, która rozrzuca to wszystko po czasoprzestrzeni, abym mogła to wszystko zbierać, i układac na nowo. Tutaj zlepię, tutaj połączę, tutaj dokleję. Eksperyment.I wciaż to niewypowiedziane delikatnie ociera się o plecy. Aż ciarki przechodzą. Teoria pisania jako ekshibicjonizmu, znana już od sławnego "wszyscy artyści to prostytutki", drogą dedukcji. A jednak róznica między dziwka a kurtyzaną, robi różnicę. Thank gods, każdy blask trzeba polerować, pieścić, przecierać i oliwić. W tym jest nadzieja. Tylko nie obracaj się za siebie. Ono tam już jest.
Gigantyczna dawka kofeinowo muzyczna. Odkrywanie na nowo faith no more katapultuje mnie 10 lat wcześniej, na ul. paderewskiego, do jednego z tych tymczasowych mieszkań, gdzie przyszło mi mieszkać, przez jakiś czas. Jakiś czas temu. Wciąż we mnie jest ta moc odczuć. Zadziwiające.
Wena przepadła. Tak jak złociste liście, i winogrona z działki. Na usta cisną się znane mi wszystkie wulgaryzmy (łącznie z tym przysłowiowym mojego dziadka). A wszystkie o bezsensie życia i egzystencjalnej zgadze. Tylko do image całej tej beznadziejności złowieszczej zimowej depresyjnej i kaloryferowo cieplarnianej, brakuje mi frazy " codziennie wypalała dwie paczki popularnych" (czy to się jeszcze pali?). Bo nie palę. A zaraz potem ze sztucznym promykiem lampianym falowo dociera do moich neuronów, błogie ciepło (nie To ciepło), że oto, wena przepadła, więc "everything goes", liści niet, ale przynajmniej nie nadepnie się na zawieruszoną w nich psią kupę, a winogrona - na półce dojrzewają, podarowane i szkarłatne, tak. I perspektywa przyjemna, hmm. narzeczeństwo to fajna rzecz.
A niech mu, byłby dumny z wnusi. pierdolenie w bambus. Ta-ram